Recenzje „Star Wars: The Force Unleashed”
Trudno ukrywać, że jest to gra na którą czekał cały światek graczy. Co prawda mowa tu o wersjach na X360 czy PS3, ale fakt pozostaje faktem. Oczekiwania urosły tak wysoko, że nie sposób było im sprostać, choć mi się gra bardzo podobała. Ostatnio w ręce wpadła mi wersja na Nintendo DS... i tu chciałbym od razu powiedzieć, że użycie słowa "wersja" było nadużyciem. Choć Star Wars: The Force Unleashed jest produkcją multiplatformową, która nawet ostatnio zawitała na blaszaki, to jednak NDS dostaje swoją własną grę, co najwyżej bazującą na motywach z Force Unleashed. Trudno więc ją traktować jako zamiennik dla innych platform, co najwyżej jako dopełniacz.
Fabuła jest ciekawa i dość nietypowa jak na świat Gwiezdnych Wojen. Przynajmniej jak na warunki gier. Pierwszy raz stajemy po drugiej stronie barykady (choć taka możliwość oczywiście pojawiała się w innych grach, jak choćby KotORach) by walczyć z tymi w skóry, których nawykliśmy się wcielać. Z grozą Sitha stanowczo nam do twarzy. Opowieść zaczynamy jako wielki Darth Vader, a później już kreujemy w własne przeznaczenie. Brzmi dobrze, choć smutny jest fakt, że wszystkie dialogi, żarty i podteksty zostały z gry wykopane. A przecież tyle wolnego miejsca na kartridżu! Zamiast tych dobrodziejstw mamy orżnięte ze smaczków teksty pod portretami konwersujących postaci. Doprawdy smutne.
Jest to jedna z tych gier, które chwaliły się innowacyjnym wykorzystaniem dwóch ekranów – jeśli mnie pytać, to były to czcze przechwałki. Na górnym ekranie widzimy cała akcję, a na dolnym wyświetla się kilka przycisków, po dotknięciu których, nasza postać wykonuje zamierzoną czynność. A to miota błyskawicami, a to podskakuje czy rzuca mieczem. To samo można było zrobić za pomocą klawiszy NDSa, bez angażowania w to dotykowego ekranu. Gdy już przy przyciskach jesteśmy, to warto zauważyć, że gra standardowo jest dostosowana dla osób prawo i leworęcznych – postacią można kierować zarówno za pomocą krzyżaka jak i przycisków X-Y-A-B. Nie trzeba nawet grzebać w opcjach.
Na początku trudno się połapać co i jak, w końcu przyzwyczajeni do trzymania palców bezpiecznie na klawiszach, teraz nagle zaczynamy dzielić swoją uwagę na dwa ekrany i sensownie sterując bohaterem, trafiać w odpowiednie moce. Niestety szybko dochodzimy do wniosku, że największą demolkę zrobimy skupiając się na jednej-dwóch zdolnościach i już do końca gry opłaca trzymać się tego planu. Może wyjątkiem będą walki z bossami, choć tu sprawdza się zasada z większości tego typu gier – na każdego bossa jest sposób. Naszą postać możemy rozwijać na kilka sposobów – a to jej statystyki, tak by dostosować ją bardziej do naszego stylu rozgrywki, a to podładować trochę moce, by to co lubimy było jeszcze bardziej użyteczne... ostatecznie mamy wpływ na to jakie combosy będzie miał nasz młody Sith na podorędziu. Szkoda, że są tak mało użyteczne, bo wrogowie padają jak muchy nim się z combem rozkręcimy, a zazwyczaj bossa się takim czymś potraktować nie da. A są takie ładne! Będąc przy przeciwnikach wieńczących poszczególne misje, to trzeba dodać, że fajnie zrealizowano sentencję kończącą. Podobnie jak na innych platformach, tak i tu musimy w odpowiednim momencie wcisnąć odpowiedni przycisk, by zobaczyć kolejny kawałek animacji, z tym, że na NDSie bardziej czuć to co robimy niż na innych platformach. W nasze ręce oddano 6 zdolności, wyświetlonych na dolnym ekranie - skok, atak mieczem, rzucenie mieczem, charakterystyczne dla Vadera duszenie mocą, pchnięcie mocą oraz uwielbiane przez gawiedź wyładowania mocy (zarówno efektywne jak i efektowne). Trudno nie zauważyć braku jakiegokolwiek balansu dla tych zdolności – maksymalnie rozwinięty rzut mieczem świetlnym wciąż jest kompletnie nieprzydatny, a pchniecie mocy czy pioruny robią zawrotną karierę w dłoniach każdego "chcę-być-bardzo-zły" gracza. Niestety, w przeciwieństwie do zagrań końcowych władanie mocą zdaje się jakby strasznie ograniczone i nie daje nam tej spaniałej władzy, jaką pokochałem na innych platformach. Są zawsze jeszcze momenty specjalne, gdy za pomocą mini gry, ładujemy dużą dawkę mocy i dokonujemy gigantycznych zniszczeń, otwierając sobie przy tym nową drogę. Wygląda i działa interesująco.
Ciekawą i dość udaną rzeczą jest modyfikowanie wyglądu naszego podopiecznego – możemy go ubrać w jeden z przygotowanych uprzednio stroi, a miecz świetlny zaopatrzyć w kryształ o innym kolorze i właściwościach – to wszystko w "centrum dowodzenia" w które przerodził się nasz statek. Coś czego mi trochę brakowało w konsolowej wersji, gdzie wszystko robimy na poczekaniu z poziomu menu.
Niestety trzeba też wspomnieć o błędach – przeciwnicy blokują się na śmieciach porozrzucanych po planszy, albo miotają sie w powietrzu, jakby duszeni nieaktywowaną przez nas mocą. Kamera podąża naszym tropem dość niefortunnie, a wrogowie często zaczynają opróżniać magazynki w naszą stronę nim ich jeszcze zobaczymy.
Jedną z rzeczy na jakie napatrzyliśmy się gry wychodziła gra, była śliczna grafika, zjawiskowe efekty używania mocy i świetny design postaci (jak się w trakcie gry okazało, również plansze są niczego sobie). Z NDSem sprawa jest trochę inna. Grafika jak na w pełni trójwymiarową produkcję jest niczego sobie, lecz też jest bez większych fajerwerków. Modele są może trochę zbyt uproszczone, a tekstury można było lepiej dobrać, bo sprawiają wrażenie strasznie rozpikselowanych. Brak efektów, lub mocne ich ograniczenie zaowocowało zaprzepaszczeniem tego uczucia apokalipsy kapiącej z naszych palców – to już nie to, stanowczo nie to samo. Zamiast siać zniszczenie i demolkę, my po prostu zamiatamy plansze z wrogów. Same poziomy też są jakby odbiciem w krzywym zwierciadle, względem tego co pojawiło się na innych platformach. Stylizacja jest świetna, ale tylko pierwsze i ostatnie plansze naprawdę przykuwają uwagę – cały środek gry jest jakiś niemrawy.
Muzyka mogłaby być stanowczo mocną stroną tej produkcji. Dobra jakość dźwięków które kochamy, sprawia, że mimowolnie się uśmiechamy nucąc groźnie "tada-tadada-tadaaaaam". Jeśli ktoś z was kiedykolwiek wyobrażał sobie, że patrzy na świat zza maski lorda Vadera, to właśnie taka muzyka odbijała mu się echem w głowie. Z drugiej strony, jest jej niewiele, paskudnie zapętlona i po godzince męczy strasznie. Za to za brak dialogów, paskudnie identyczne odgłosy mieczy świetlnych i blasterów... oraz tragicznie jednakowe jęki ginących przeciwników, należy się twórcą odcięcie prawego ucha krwistoczerwonym ostrzem.
Zakończenie jest krótkie. Przejście gry zajęło mi dwa dni grania na uczelni. Nie oszukujmy się - jakbym siadł w domu, wygodnie na łóżeczku, to gra jest do przejścia w trzy, może cztery godziny. Ogromnym minusem jest żywotność tego tytułu, bo właściwie nie ma po co wracać. Po za jednym kolorem kryształu odblokowałem chyba wszystko przy pierwszym podejściu. Jeśli jest coś później to najnormalniej w świecie nie zauważyłem, bo mnie gra nie przykuła do ekranów. A szkoda, bo potencjał był wielki.
Wizzu
|
|
| Historia: | 8/10 |
| Grafika: | 7/10 |
| Udźwiękowienie: | 5/10 |
| Grywalność: | 5/10 |
| Ocena końcowa: |
Twórca: Lucas Arts
Wydawca:
Gatunek: Zręcznościowa
Daty premier:
16 Lis 2008
Yoshi Touch & Go
Cory in the House
XG Blast
Yoshi's Island 2















