Recenzje „Star Wars The Clone Wars: Jedi Alliance”


Od kilku lat możemy obserwować odrodzenie się w wyobraźniach ludzi jednej z najważniejszych sag filmowych, w historii kinematografii. Dla rzeszy "starych fanów" odpowiedniejszym słowem będzie pewnie profanacja, ale nie oszukujmy się – poniekąd wszyscy korzystają na tym zamieszaniu. Tak – Gwiezdne Wojny wróciły do łask gawiedzi i znów rzucają na kolana epickością i rozmachem. Za swój osobisty sukces muszę tu przytoczyć wmuszenie w moją eks starej trylogii, więc przedrostek eks przestaje dziwić. Co jednak my – gracze, zyskaliśmy na tym zamieszaniu? Ilościowo – więcej niż kiedykolwiek (zważywszy na fakt, że w czasach oryginalnej trylogii szczytem adaptacji przez biznes growy, było zrobienie pinballa z motywami filmowymi), jakościowo zaś... w tym zalewie gier i gierek są też złote rybki.

W 2008 roku ze stajni Lucas Arts w Singapurze na światło dzienne wychynęła gra oparta na podstawie wojen klonów (akcja osadzona między 2 a 3 epizodem). Oczekując jakiejś platformówki, ewentualnie beat-em-up w stylu epizodu III z GBA/NDS przeraziłem się trochę patrząc na nową produkcję. Grafika trójwymiarowa, owszem – miecze są, mnogość pojedynków... ale sposób prowadzenia akacji przywiał mi przed oczy wspomnienia z pierwszego spotkania z pecetowym Neverwinter Nights. Nie tego oczekiwałem. Jako, że pozory często mylą, to może zacznę od początku.

Po wetknięciu kartridża do naszej kieszonsolki i odpaleniu gry naszym oczom ukazują się loga twórców i zostajemy przeniesieni do menu. Po stworzeniu nowego profilu rozpoczynamy rozgrywkę – wyruszamy z misją ratunkową na statek Sedawan. Tu poznajemy jeden z pierwszych zgrzytów w całej grze – filmiki. Choć na początku nie drażnią, bo są całkiem sensownie skonstruowane, to szybko odkrywamy, że nie da się ich przewinąć, co czyni powtarzanie misji katorgą. Wybieramy jedną z dostępnych postaci (Anakin Skywalker, Ashoka Tano, Plo Koon, Mace Windu, Obi-Wan Kenobi, Kit Fisto... oraz okazyjnie R2D2 i C3PO), które to "gwiazdorzą" w animowanym serialu, więc możemy stworzyć swój dream team, a raczej dream duet. Choć postacie dzielą się na te o przeszkoleniu defensywnym i ofensywnym, to jednak wybór jest raczej kwestią czysto estetyczną, bo nie odczułem większych różnic grając poszczególnymi rycerzami Jedi. Inną sprawą jest typowa dla gier niekonsekwencja, gdy w boju równie dobrze sprawdza się młodziutka i niedoświadczona Ashoka i weteran walk, mistrz Windu. A troszkę trudno porównać ze sobą te dwie postacie. No nic – nie jest to problem tej gry, czy nawet ograniczenia konsoli, tylko pewnego podejścia charakteryzującego twórców adaptacji i swoistego dążenia do zbalansowania rozgrywki. Jestem w stanie przymknąć na to oko. Podczas wyboru postaci można zauważyć, że dostępnych do odblokowania jest kilka kostiumów, choć w pierwszej misji mamy możliwość skorzystania tylko z pierwszego każdej postaci. Ukończenie dodatkowych aspektów każdego zadania (zebranie maksymalnej ilości punktów itd.) odblokowuje kolejne stroje, lecz tu spotkała mnie przykra niespodzianka- kolejność jest z góry ustalona i nie ma związku z naszymi wyborami kadrowymi, więc nim przebiorę Obi-Wana w wygodniejsze ciuchy, to minie parę misji. Same stroje są dość ciekawe, niektóre kompletnie nieudane (via bodajże pierwszy odblokowany kostium, czyli szaty dla Anakina – mogą zniechęcić), a niektóre powalają (żółty space kostium dla Ashoki w którym czuć pewną nutkę cytatu z dokonań Bruce Lee – jeśli to był efekt zamierzony, to jak dla mnie strzał w dziesiątkę).

Po wybraniu naszego wojownika i wsparcia ruszamy na misję. W sumie nie wiem dlaczego gra przywodzi mi na myśl pierwszą część NWN – może tamtą grę trochę przypominają modele postaci? Jeśli tak, to jest to komplement, bo choć Neverwinter ma swoje lata, to jednak graficznie nie zestarzał się jakoś strasznie. Od dobra gra z 2002 roku, więc wziąwszy pod uwagę kwestię PC-NDS, to jest dobrze. Faktycznie, grafika jest ładna, dokładna, modele 3D może nie zachwycają, ale cieszą oko, efekty świetlne stoją na wystarczająco wysokim poziomie by o nich wspomnieć, a statyczne prerenderowane tła są przepełnione szczegółami i są wspaniałą (choć nieco zbyt statyczną) areną naszych potyczek. Sterujemy za pomocą stylusa, prowadząc naszego bohatera (i podążającą za nim postać wspierającą) po planszy, pokonując wrogów i męcząc się z mini grami... od których ta produkcja się roi. Gdy dojdziemy do jakiejś przeszkody, może się pojawić podświetlenie sugerujące nam, że "tak, tu da się wskoczyć, tylko mnie dotknij stylusem". Pewien brak wolności rozgrywki, bo idziemy jak po sznurku, ale nie przeszkadza to jakoś strasznie. Na dolnym ekranie widzimy naszych bohaterów i akcję, na górnym mamy punktację (latające drobinki mocy które zdobyć można z większości elementów krajobrazu, które da się zniszczyć), życie, wskaźnik mocy i sylwetki wybrańców. Choć mapy są niezniszczalne i nie da się wypalić swoich inicjałów na ścianie, to mamy tu sporo skrzynek i sprzętów, rozpadających się wdzięcznie jeśli je tylko ciachnąć raz czy dwa mieczem. Same walki zostały rozwiązane dość ciekawie, bo choć na dobrą sprawę mamy tylko trącać przeciwnika stylusem (co wywołuje dobrze zrealizowane animacje naszej postaci), to jednak ma znaczenie gdzie tego przeciwnika wskaźnikiem potraktujemy. Każdy wróg podzielony jest na trzy strefy, tak więc możemy zaatakować wysoko, średnio i nisko. Nie mam pewności, ale odnoszę wrażenie, że różne ataki zadają różne obrażenia i minimalnie rozmijają się jeśli chodzi o szybkość, ale co najważniejsze – pozwalają ominąć blok, jeśli nasz przeciwnik jest uzbrojony w miecz świetlny (bądź pałkę energetyczną). Co jakiś czas zdarzy się, że nasze ostrze zakleszczy się z mieczem przeciwnika i będziemy musieli się trochę nastukać stylusem w ekranik.

Mini gry są zróżnicowane, mamy wiec wypalanie kółek/trójkątów/kwadratów/itp. w drzwiach, które blokują nam przejście, mamy włamywanie się do systemów zabezpieczeń – wszystko to, co nam gdzieś mignęło przed oczami na seansach filmowych. Jest też nowość, coś czym reklamowano tę produkcję w telewizji – momenty gdy prowadzi nas moc. Jest to dłuższa interaktywna animacja, gdzie na ekranie pokazują nam się strzałki i działania które mamy przedsięwziąć, a my za pomocą wskaźnika prowadzimy naszą postać w zwolnionym tempie, przez zapierającą dech w piersiach walkę o życie. Co jakiś czas będziemy mieli okazję się tak zabawić, czy to pokonując wielkiego potwora wodnego, czy też unikając zmiażdżenia przez walącą się półkę skalną. Pomysł dobry, na pierwszy rzut oka jest największym plusem produkcji... staje się jednak najbardziej upierdliwym elementem rozgrywki. Nie wiem czy mam uszkodzonego kartridża (w takim razie kumpel ma tak samo uszkodzonego jak ja), czy też wina leży po stronie mojego NDSi, który po przez inną wielkość ekranu gubi się przy precyzyjnych operacjach (tak jak i NDSl kumpla...), ale praktycznie co drugą akcję specjalną przekonuję się, że poprawne wykonywanie poleceń nie zapewnia ich zaliczenia. Czasem konsolka bez szemrania przyjmie to co chcę zrobić, a czasem z uporem maniaka udaje, że ekran dotykowy nie działa. Naprawdę nie mam pojęcia w czym leży problem. Sprawdzałem to na 2 kartridżach i 2 różnych konsolach i różnymi stylusami – potrafi to zepsuć frajdę z gry. Uwierzcie mi na słowo – znienawidzicie oglądanie animacji... bo tak. Przydługie animacje których się nie da przewinąć, będą nam towarzyszyć po każdym błędzie. Obejrzymy wszystko jeszcze raz i od nowa. Frustracja. Gra ma pewne elementy RPG, bo niby nasze postacie zdobywają poziomy, niby coraz lepiej się ze sobą zgrywają... ale co z tego? Większych różnic nie zauważyłem. Wrogów pokonuje się tak szybko, że nawet nie ma o czym wspominać, a bossowie mają swoje specjalne taktyki na pokonanie i zdolności naszych podopiecznych na niewiele się zdają. Miło jednak, że jakiś rozwój jest, tak samo jak cieszy możliwość zdobycia nowych kostiumów.

Gra raczy nas garścią filmików instruktażowych (te na szczęście można przewinąć) gdy tylko zetkniemy się z jakimś elementem rozgrywki po raz pierwszy. Więc każdy nowicjusz po kilku minutach poczuje się jak w domu. Muzyka jest typowa jak na produkcję związaną ze światem Gwiezdnych Wojen. Monumentalna, podniosła i instrumentalna. Cieszy ucho i przywołuje dobre wspomnienia.

Ta gra... ma to coś. Choć błędy potrafią doprowadzić człowieka do szewskiej pasji, to jednak siedzę i gram dalej, aż na wskutek dobrego ułożenia planet, uda mi się wreszcie przejść dalej. Walki i zagadki nie stanowią żadnego większego wyzwania – w końcu gra jest przygotowana dla młodszego odbiorcy (krwi oczywiście też nie zobaczymy), za to zmaganie się z mocą zostało stworzone dla ludzi o anielskiej cierpliwości. Polecam jednak działkę lub dwie środka na uspokojenie przed misją nad Coruscant, bo nasz automatycznie działający partner będzie nam się co chwilę wtryniał w walkę z bossem, co zmieni szybki, prosty i krótki pojedynek w wielominutowe zmaganie się z sojusznikiem (ogłuszyć wroga i dotrzeć do niego pierwszym, nim wsparcie go przejmie i zmarnuje na kolejne kilkanaście sekund szansę na zadanie obrażeń). Za to misję ktoś powinien zawisnąć... bynajmniej ze stryczkiem nie na głowie. Tym pozytywnym akcentem zaproszę wszystkich do rozgrywki- dawno, dawno temu, w odległej galaktyce.

P.S. Ocena końcowa zaniżona dzięki irytującym błędom. Fani SW mogą dodać punkcik. Ludzie, którzy do tego nie mają obiekcji przeciwko animowanym przygodom rycerzy Jedi w Clone Wars, dodatkowe pół punkta.

P.S.2 jak wyłapiecie jakieś błędy to zgłaszać, bo nie mam nawet Worda :/

Wizzu

  • walki
  • oprawa audio-wideo
  • pomysły na mini gry
  • stroje
  • czasami kiepskie ustawienia kamery
  • momenty gdy porywa nas moc, niemoc i wściekłość na programistów
  • walka nad Coruscant
Historia:
7/10
Grafika:
8/10
Udźwiękowienie:
8/10
Grywalność:
6/10
Ocena końcowa: 7/10
O artykule
Autor:
Dodano: 08 Gru 2009
Informacje o grze
Star Wars The Clone Wars: Jedi Alliance
Twórca: LucasArts
Wydawca: LucasArts
Gatunek: Platformówka

Daty premier:

11 Lis 2008
11 Lis 2008
11 Lis 2008
11 Lis 2008
Podobne gry
Grafika z gry:
Nie dodano komentarzy. Bądź pierwszy!
Musisz być zalogowanym aby dodać komentarz.